niedziela, 21 października 2012

Debiut w ERnO Harpagan w Redzikowie

Czterdziesta czwarta edycja znanego i lubianego rajdu Harpagan w Redzikowie pod Słupskiem właśnie dobiegła końca. Kultowy cykl zawodów z dwudziestoletnią tradycją przyciągnął niespełna tysiąc zawodników, pieszych i rowerzystów. Duet w składzie Adam i Igor zaliczyli ostatni duży rajd na orientację w tym roku. Ostatni i największy.
Ekstremalny Rajd na Orientację Harpagan, z roku na rok przyciąga coraz większą liczbę uczestników. W tym roku nawet większą niż medialna Skandia! Pomimo tego, że impreza odbywa się wyłącznie w woj. Pomorskim zainteresowanie nią jest ogromne.
Naszym zdaniem powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż RnO stanowią znacznie większe wyzwanie od klasycznych maratonów rowerowych. Tutaj rywalizacja nie zamyka się na płaszczyznach przygotowania fizycznego zawodnika i technicznego roweru. Siłę trzeba rozkładać na osiem lub nawet dwanaście godzin. Najtrudniejsze jest jednak skupienie nad nawigacją, planowaniem trasy i strategią.
Trasa rowerowa 100 km robi wrażenie względem nocnych 50 kilometrowych Tułaczy. Tutaj punkty kontrolne są łatwiej dostępne, zawsze przy drodze. Towarzyszy im ognisko i osoby z obsługi rajdu. Łatwizna...teoretycznie. Zaliczanie lampionów za pomocą elektronicznego czipa – pełny profesjonalizm.
Dla rowerzystów tradycyjna trasa ma 200 kilometrów. W tym roku pojawił się jednak dystans stu kilometrów, który zaliczyliśmy w naszym debiucie. Większa długość trasy oznacza zmniejszodokładność mapy. 1:100 000 to cztery razy gorzej niż na Tułaczu. Nic dziwnego – z założenia mapa musi zmieścić się na formacie A3. Oznaczało to dla nas re-definicję podejścia do orientacji w terenie.
Adam: Start TR100 odbył się o 8:30 w sobotę. Zaledwie dziesięć lampionów w osiem godzin uznałem za łatwy cel. Okazało się, że nie do końca.
Obowiązywała dowolność w zaliczaniu lampionów (scorelauf). Ruszyliśmy jako jedni z pierwszych na PK1. Wkrótce dogoniliśmy dwie prowadzące ekipy. Wspólnie z naszymi kompanami zjechaliśmy w złą drogę. Błądziliśmy w niewłaściwym miejscu. Do PK1 dojechaliśmy po godzinie dziesiątej.
Później poszło dużo łatwiej. Od PK1 plan realizowaliśmy bardzo płynnie. Jednak początkowa strata bardzo nas przybiła. Jako nawigator i swego rodzaju kapitan musiałem trochę naciskać na Igora by się nie poddawał.
Inaczej podchodziłem do kwestii orientacji. Koniec z oglądaniem charakterystycznych miejsc na trasie. Na tej mapie ich nie ma. Tylko pomiar odległości i kompas. Bardzo pomogły doświadczenia z Jesiennego Tułacza. Mimo skrupulatnego podejścia nieco pogubiliśmy się przy PK9. Widać było po śladach na ziemi, że nie pierwsi. Najgorsze okazało się jednak wydostanie z lasu na drogę. Myślałem o zdobyciu PK8. Nie było czasu. Pognałem na czuja, na NW. Zboczyłem za bardzo na zachód. Okazało się, że jesteśmy na południe od nieprzejezdnych rozlewisk rzeki Granicznej.
Musieliśmy jechać lasem dodatkowe kilkanaście kilometrów na zachód, wzdłuż granicy wyznaczonej właśnie przez tą rzekę. W tym miejscu i ja trochę się załamałem. W końcu byłem już pewny naszej pozycji na mapie. Dotarliśmy do wsi Dobieszewo. Nie było już mowy o zaliczeniu siódmego PK. Musi nam wystarczyć 6/10. Strach jednak padł na to czy zdążymy do bazy przed limitem czasu. 21 kilometrów w 55 minut, w większości po asfalcie. Niby łatwizna, ale zrobiliśmy już około stu kilometrów. Igor nie wierzył.
Za każdą minutę przekroczenia limitu czasowego odbierany jest jeden punkt. To dlatego niektórzy byli znacznie za nami pomimo odnalezienia większej liczby PK. Przekroczenie ośmiu godzin to w praktyce nieklasyfikowanie.
Nadal nadawałem tempo. Zniszczonym asfaltem pokonywaliśmy kolejne kilometry. W Warblewie rozpoczęliśmy skrótowy przejazd do Wieszyna i rozpoznaliśmy sylwetkę rywala. Miałem ambicję by go wyprzedzić. Okazało się jednak że Igor ma znacznie więcej energii.
Dyktowałem tempo ponad siedem godzin. Tym czasem Igor na końcówce mnie odsadza. Prawdę powiedziawszy dopadła mnie tzw. ściana. Zakończyłem rywalizację 17 sekund po moim partnerze. Wewnętrzna rywalizacja pozwoliła nam osiągnąć bazę piętnaście minut przed czasem pokonując naszego doświadczonego kolegę Roberta Biedunkiewicza.
Następnym razem też pojedziemy tylko 100 km. I tak do momentu aż zaliczymy wszystkie lampiony w limicie czasowym.
Dwie wspaniałe imprezy na orientację: Tułacz i Harpagan. Tułacz – mniej jeżdżenia, a poszukiwania - w ciemności i dużo biegu. Harpagan – więcej kilometrów, orientacja na człowieka GPS-a. Obie pozycje to wyśmienita dawka rywalizacji i zabawy.
Igor: męczy mnie tu Adam i męczy bym coś napisał. No co, jechaliśmy na rowerach, po drodze znaleźliśmy kilku ludzi w namiotach, z którymi się przywitaliśmy i jechaliśmy dalej, ot filozofia. Cały czas Adam mnie cisnął bym jechał szybciej a bo nie zdążymy, a bo może się uda kogoś wyprzedzić, a kiedy się zebrałem na siły to ten został w tyle i zniknął mi gdzieś hen hen sam nie wiem gdzie. No dobra, a teraz poważnie.
Plan był prosty, w skrócie wyglądał mniej więcej tak: wystartować, odsadzić rywali i 1, 6, 4, 7, 2, 9, 3, 10, 8, 5, meta, wiwaty, medale, piękne kobiety itp. Tyle teorii. W praktyce plan wziął w łeb, bo już pierwszy punkt sprawił nam duże problemy.
Niespełna dwie godziny spędziliśmy kręcąc się wszelkimi możliwymi ścieżkami w promieniu 2 km od tego nieszczęsnego punktu. W końcu udało się go odnaleźć, ale mimo to, nasze morale nie to, że spadły, one zapadłby się pod ziemię.
Do punktu 6 jechaliśmy sami, zdołowani, cali w błocie, pocie, krwi i łzach. Po dojechaniu do punktu zastało nas niespodziewane, miłe zaskoczenie, około 20 zawodników spokojnie siedziało sobie na trawce, dyskutując na wszelkie harpaganowo-rowerowe tematy. Szok. Szczęście i niemalże euforia, że jednak nie jesteśmy najgorsi i innym idzie równie do d..źle jak nam.
Nie tracąc czasu, piknęliśmy chipami w nadajnik, w pośpiechu pożywiliśmy się bananami i wysłuchaliśmy anegdotki Adama na temat morderczych zagranicznych biedronek. Nieważne. Punkt 4 również nie sprawiał większych problemów. Był swego rodzaju sukcesem, bo udało nam się po drodze wyprzedzić kilku rywali.
Morale powoli zaczęły wyłaniać się spod ziemi a nawet nad nią unosić. Znowu czuliśmy, że mamy kontrolę nad sytuacją. Tzn. w sumie ja czułem, że Adam ma kontrolę, ponieważ moja rola ograniczała się do typowego "pewnyś gdzie jedziemy?", "na pewno?", "pokaż mapę...nie no, nie wiem gdzie jechać".
Równie szybko osiągnęliśmy punkt 7, zaliczając po drodze kilka błotnych kąpieli. No kurczę, darmowe błotne maseczki, ludzie w salonach kosmetycznych płacą za to krocie! Punkt 2 również bułka z masłem. Gorzej już było z 'dziewiątką'. Kilka jezior, wszystkie takie same, kilka dróg, których nie ma na mapie, kilka dróg na mapie których nie ma w rzeczywistości..nie no porażka.
Jednak w końcu udało się dotrzeć na miejsce, z bólem i opóźnieniem, ale grunt, że w ogóle. Do tego czasu nasz początkowy plan uległ pewniej zmianie – 3, 10 i 5 odpuszczamy, by mieć czas na pociśnięcie do 8 a później już do mety.
Teoretycznie jak na tamtą chwilę to strategia wydawała się genialna, gdyby nie mały, ekhem, problem z wydostaniem się z pkt 9 do jakiejkolwiek cywilizacji. Zajęło to zdecydowanie za dużo czasu. Powiem szczerze, wtedy już chciałem się poddać, rzucić rower o drzewo, usiąść i czekać na zbawienie, czy jakąkolwiek inną pomoc. Jednak Adam, w swoim słowniku nie ma słowa 'poddać się' czy 'zrezygnować'. Dla niego te słowa nie istnieją.
Cisnął mnie na oślep (jak mi się wtedy wydawało) po drogach, lecz w tym szaleństwie była metoda i koniec końców wyprowadził nas z lasu. Nie oznaczało to koniec naszych problemów. Została niecała godzina, punkt 8 zdecydowaliśmy się odpuścić, i ponad 20 kilometrów do mety.
Rozmyślałem, nad złapaniem stopa na drogę powrotną albo rezygnację z próby dojazdu na czas. Niestety Adam pomimo wielkich moich starań wytłumaczenia znaczenia słowa 'rezygnacja' nie pojął jego sensu i tak pędziliśmy ostatkiem sił po naszej pięknej polskiej drodze, gdzie wykorzystywałem pełen 120 mm skok mojego amortyzatora.
Domieszewo, Łabiszewo, Borzęcino, Boże 'drogi' gdzie ja do cholery jestem? Wtem znak od drogowego Boga, Warblewo! Wtedy już wiedziałem, że jesteśmy blisko mety. Zostało 15 minut. Nie wiem skąd, nie wiem jak i dlaczego poczułem w sobie nowe, nieodkryte wcześniej pokłady energii. Sam się sobie dziwiłem, pędząc prawie 40 km na godzinę po beznadziejnej, ułożonej z 'kocich łbów' drodze. Co ja robię? Skąd ta energia? No skąd? Przecież przez ostatni czas chciałem zrezygnować!
No nic, nie było czasu na rozkminy. Pędziłem na złamanie karku i połamanie korby. Droga już była mi znana, więc moglem odstawić Adama w tyle. Momentami już nawet go nie widziałem. Stało się to nieistotne. Priorytetem było obronienie honoru Teamu i finisz w limicie czasu. Ostatnie zakręty, łzy w oczach, ostatnia prosta i meta! 15 minut przed końcem czasu. Udało się! Chwilę później dojechał Adam i kilku innych zawodników, których udało nam się wyprzedzić na ostatniej części trasy. Finisz! Finisz! Finisz!
Hehe, Adam pewnie usunie to zdanie, ale powiem Wam w tajemnicy, że na mecie mało nie stracił przytomności. No kurczę nie rozumiem o co mu chodziło, przecież cały czas mi mówił bym przyspieszył ;)
Kilka uwag technicznych:
- Banalna sprawa, tak banalna, że aż mi głupio o tym pisać. Sprawdźcie czasem czy kabelek od licznika na pewno jest bezpiecznie ułożony. Mi dzisiaj polubił się z oponą, która mało go nie zabiła. Toksyczny związek ;)
- Mniej banalna sprawa, bierzcie ze sobą jedzenie, więcej niż trzy bułki. Gdyby nie wiejski sklepik będący dla mnie zbawieniem, teraz by mnie tu nie było!
- Niebanalna sprawa, nie poddawajcie się! No naprawdę, bez znaczenia w jak lipnej sytuacji jesteście nie poddawajcie się, bo czasem wiara w lepsze drogi czyni cuda!
Podsumowując, Harpagan się udał. Zaliczyliśmy całkiem nową dla nas formę zawodów, osiągając całkiem niezły wynik. 54 i 55 miejsce na 167 uczestników, jak na debiut to według nas dobry rezultat. Przyczyniła się do tego w pewnej mierze świetna pogoda! Słoneczny, ciepły jesienny dzień, wydawał się być momentami piękną wiosną!
Warto również wspomnieć o nagrodach. Dla każdego kto ukończył rajd w przepisowym czasie, z zaliczonymi wszystkimi punktami czekał na mecie certyfikat Harpagana, dla całej reszty dyplomy uczestnika. Dodatkowo każde pierwsze miejsce było nagrodzone pucharem.
Na sam koniec organizatorzy zostawili niemalże główną część programu, losowanie roweru i to nie byle jakiego, Mondraker Ventura X-pro o wartości rynkowej ok 3 tysięcy złotych!
Swojego szczęścia można było również spróbować w loterii drobniejszych nagród, których było naprawdę sporo. Adamowi udało się wylosować coś na kształt czapko-kominiarko-szalika. Sami do końca nie ogarnęliśmy jak tego używać;)
galeria ze zdjęć startu TR200 o 6:30 i wieczór w bazie 
strona organizatora

1 komentarz:

  1. Bardzo fajna relacja, Gratuluję wyniku !!!

    OdpowiedzUsuń